piątek, 14 lutego 2014

robienie jaj

Zacznę od tzw. dupy, czyli stąd. Pudel zastanawia się, czy tym razem Kuba poniesie konsekwencje, czy “tak jak ostatnio, zwolnią tylko jego kolegę?” Nie wiem, czy Pudel zdaje sobie sprawę, że “kolega” jest dyrektorem programowym stacji nadającej inkryminowaną audycję i że w związku z tym zależność służbowa jest tu nieco inna niż w przypadku relacji Wojewódzki – Figurski (która to relacja była nota-bene odwrotna w Antyradiu). Pudel zatem powinien zastanawiać się nie nad tym, czy “zwolnią kolegę” a nad tym, czy historia się powtórzy i Lizuta zwolnią w kolejnym radiu, do którego trafi po obecnym Rock’u. To oczywiście jedynie akademickie rozważanie, bo Mikołajowi daleko do antenowego poziomu Michała Figurskiego i jeśli Agora zdecyduje, że już wystarczy, to ten egzotyczny duet (Lizut-Wojewódzki) nie zaistnieje już na antenie nigdzie indziej.

Celowo nie zamierzam zastanawiać się, czy Wojewódzki “przekroczył granicę żartu”, bo podobnie jak w przypadku sprawy z Ukrainkami (przez wzgląd na to, że radio w Polsce cały czas traktowane jest przez swoich odbiorców ze śmiertelną powagą), błędem w programowaniu jest jakikolwiek “freeform” w wydaniu audio, szczególnie na żywo i to nawet nie dlatego, że nie zdarzyło się jeszcze w naszym kraju radio, które umiałoby taką formę ogarnąć i potrafiło się do niej dobrze przygotować, nie. Problem polega na tym, że radio to brak obrazka –  przeciętna wyobraźnia rzadko kiedy umie przebić się przez brak dosłowności a powierzchowne uczestnictwo w audycjach oznacza między innymi zupełną dowolność percepcji i interpretacji. Ta sama audycja słuchana w różnych miejscach i sytuacjach daje często skrajnie odmienne odczucia u słuchaczy. I naprawdę nie chodzi tu o przekraczanie granic, łamanie tabu czy obrazę uczuć religijnych. Polskiego odbiorcę obraża (denerwuje, przeszkadza) przede wszystkim traktowanie go w sposób przekraczający jego możliwości intelektualne i relacja quasi-partnerska na linii nadawca-odbiorca, tak skądinąd hołubiona przez anglosaskich guru gatunku. Stąd nieustanna potrzeba “zapowiadaczy”, “tłumaczy”, “wyjaśniaczy” i “komentatorów”, jednak biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej kłopoty ze spójną percepcją, nawet poważna publicystyka w radiu to spacer po polu minowym. Dodatkowo jeszcze radio w Polsce wciąż funkcjonuje w epoce Orwellowskiej “Wojny Światów” a ludzie wbrew powszechnej opinii traktują je najpoważniej ze wszystkich innych mediów. To nobilitujące przekleństwo blokuje rozwój form radiowych a jeśli dołożymy do tego powszechny brak przygotowania tak teoretycznego jak praktycznego osób odpowiedzialnych za sprzedaż i marketing stacji, to szybko znajdziemy odpowiedź na pytanie o przyczyny obecnej kondycji radia. Problem rzecz jasna nie dotyczy tylko naszego kraju ale na znanych mi rynkach zaburzenia percepcji dotyczą jedynie niedostosowanej do możliwości (w języku marketingowym: “potrzeb”) odbiorcy formy, nie zaś treści przekazu.

Wracając jednak do meritum – zastanawiam się co jakiś czas, czy dzisiejsza polityka zatrudnienia w spółkach medialnych wynika wyłącznie z kompulsywnej potrzeby zarządów upokarzania własnych pracowników, czy może jednak w poszczególnych przypadkach ma ona głębszy podtekst. Zatrudnianie byle kogo za byle co może być bowiem przemyślaną strategią, obliczoną na przedłużenie dryfowania po powierzchni płytkiego intelektualnie rynku. W 1991 r. Super Express zatrudniał w redakcji mężczyznę z podstawowym wykształceniem, nazwijmy go “Marianem”, którego zadaniem było czytanie wszystkich tekstów przed wysłaniem wydania do druku i określanie sformułowań, których nie rozumie. Zadaniem redaktorów było następnie takie dostosowanie języka, żeby ów jednoosobowy fokus mógł zrozumieć “o co chodzi”. Czytając dziś nagłówki publikowane przez portale internetowe zastanawiam się, czy ów superexpressowy Marian przypadkiem się nie rozmnożył i nie zajął większości prestiżowych do tej pory stanowisk w redakcjach i pokojach przyległych. Oprócz powszechnych błędów stylistycznych, rzeczowych, gramatycznych i ortograficznych, nieświadomego (!) czytelnika atakuje brak spójnej strategii i wewnętrznej komunikacji, skutkiem czego head z teoretycznie lżejszej strony ląduje w wersji mobilnej pomiędzy zupełnie “poważnymi” newsami: jaja1

Zaraz, zaraz, czy to przypadkiem nie ten sam temat, którym zajął się duet Lizut – Wojewódzki? “No tak”, zawoła oburzony słuchacz-nie-czytelnik, “ale przecież oni tam wprost, o morderstwach a tu nie dość, że dookoła, to jeszcze o politykach! O politykach można a nawet trzeba!” Trzeba robić sobie jaja? A co to właściwie znaczy? Może interiowo-superexpressowy Marian po prostu powtórzył tę oswojoną przez ulicę frazę, bo pasowała mu do “łatwego zestawu słów”? Odpowiedź (z uroczym suspensem) przynosi internetowe wydanie gazety “Polska. The Times” w dziale “Najważniejsze” i head artykułu o pewnym wydarzeniu w Świdnicy:

jaja2

…czyli “zabawą, żartem”. Tu na szczęście do zbrodni nie doszło, poza tym wcale nie chodzi o dzieci, tylko o niemalże dorosłych facetów, którzy przecież też lubią się zabawić. To nic, że są trochę młodsi od Wojewódzkiego – grunt, że nikt ich jeszcze nie wpuszcza przed mikrofon. To dopiero byłby “początek ich problemów”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz